Ludzie

26 lat w powietrzu

7 lipca 2015
DSCN0059

„Naszą misją jest niesienie pomocy medycznej wszystkim, którzy tej pomocy potrzebują, w jak najkrótszym czasie i z zachowaniem najwyższej staranności. Nie uznajemy w niesieniu tej pomocy dyskryminacji z jakiegokolwiek względu, a naszych pacjentów traktujemy z najwyższym szacunkiem i godnością należnymi każdej ludzkiej istocie.”

To słowa, które stanowią dewizę Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Dla jednych są sennym marzeniem, dla innych rzeczywistością. Całkowicie przez przypadek poznałem ratownika medycznego LPR – Jacka Sierzputowskiego, którego dobrze te słowa charakteryzują. Zaproponowałem wywiad. Dostałem szybką, pozytywną odpowiedź. Byłem zaskoczony. Wielu ratowników medycznych nie ma ochoty na rozmowy o ratownictwie po pracy. Miałem szczęście. Spotkałem się z Panem Jackiem u niego w domu, w miłym otoczeniu wielu książek i przy kubku dobrej kawy. Praca w śmigłowcu nurtowała mnie od początku studiów, miałem wiele pytań, wiele słyszałem plotek, ale nie znałem nikogo, kto rzeczywiście „lata”. Aż do tej pory…

Zachęcam do przeczytania całej rozmowy. Może ktoś znajdzie odpowiedź również na swoje pytania.

Maciej Romaniuk: Ratownictwo medyczne, jak to się zaczęło?

Jacek Sierzputowski: Trochę przez przypadek. Ostatecznie za tę decyzję odpowiedzialnych jest parę osób z Rodzicami na czele. Ukształtowali mój charakter. Zawsze zwracali moją uwagę na innych i często uświadamiali mi ich potrzeby. Po maturze, dwukrotnie nie dostałem się na studia. Zdawałem na kierunki zupełnie nie związane z medycyną. Przyszedł również czas na pracę. Coś zaciągnęło mnie do szpitala Biziela. Zostałem zatrudniony jako salowy. To był mój zupełnie pierwszy kontakt ze Służbą Zdrowia. Byłem wtedy takim ignorantem, że oddział neurologii na, który zostałem przyjęty, kojarzył mi się z chorobami nerek. Na miejscu okazało się zupełnie coś innego; ciężkie stany. Byłem dość przerażony. Wytrwałem tylko dzięki pewnemu pielęgniarzowi, który tam pracował. Gdy w tym pierwszym dniu w czasie mojej asysty przy pobieraniu płynu mózgowo-rdzeniowego zobaczył moją reakcję (omdlenie), autorytatywnie stwierdził, że na pewno na następny dzień już do pracy nie przyjdę. Byli tu już tacy „delikatni”- mówił – ale szybciutko dali sobie spokój. A ja jemu na złość przyszedłem. I jakoś dalej poszło. Jako salowy przede wszystkim zajmowałem się utrzymywaniem czystości, ale także podstawową opieką nad pacjentami. Potem awansowałem na sanitariusza. Jeździłem z chorymi na konsultacje; pchałem wózki i łóżka po całym szpitalu. A wakacje spędzałem w Tatrach. Jako turysta przeszedłem je wszerz i wzdłuż latem i zimą. Zaczął mi świtać w głowie pewien plan, w równej mierze opierający się na moich zdobywanych doświadczeniach medycznych oraz górskich: a gdyby tak zostać RATOWNIKIEM? Ratownikiem Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (TOPR) oczywiście, bo w tamtych czasach ratownictwo kojarzyło się przede wszystkim z ratownikami służb górskich. W mieście istniał wtedy Zespół Szkół Medycznych, a w nim między innymi kierunek Pielęgniarstwo. Po rozmowie kwalifikacyjnej na której komisja upewniła się, że ma do czynienia z w miarę poważnym, młodym człowiekiem a nie psychopatą, zostałem przyjęty. Wtedy facet na kierunku pielęgniarskim to było … dziwne! Plan był taki, aby skończyć tę szkołę, zrobić kurs tatrzański czyli zdobyć kartę taternika, następnie przez rok popracować na śmigle w bydgoskim Zespole Lotnictwa Sanitarnego i z takim zasobem doświadczenia i wiedzy przenieść się do Zakopanego i wstąpić w szeregi tych wyżej wspomnianych, dzielnych ludzi. Wyszło trochę inaczej, ale też zupełnie nieźle. Mianowicie, po zdobyciu dyplomu pielęgniarza rozpocząłem pracę w Izbie Przyjęć Szpitala Miejskiego nr 2 na Kapuściskach. Po kilku latach upomniało się o mnie wojsko: Batalion Medyczny w Stargardzie Szczecińskim przez pierwszy rok oraz Wojskowy Klub Sportowy „Zawisza” przez drugi. Przybyło kilka umiejętności, między innymi podstawy masażu i niektórych zabiegów odnowy biologicznej. Po wojsku rozpocząłem pracę w Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego jako pielęgniarz oddelegowany do pracy w Zespole Lotnictwa Sanitarnego. Założyłem Rodzinę. Urodził się syn. Zdobyliśmy mieszkanie. Zrobiłem kurs taternika; cały czas jestem członkiem Klubu Wysokogórskiego w Toruniu. Ale przenosiny do Zakopanego jakoś nie wyszły. Okazało się, że ludzie tutaj, na miejscu są przewspaniali. Miałem się od kogo uczyć! Super robota w karetkach reanimacyjnych, w dyspozytorni oraz przede wszystkim jako opieka medyczna w czasie lotu. Moim żywiołem stały się samoloty wtedy przez nas używane (An-2, Jak, Gawron ) oraz śmigłowce, które nie tylko moim zdaniem, rokowały w ratownictwie najlepiej. Wtedy lot z pacjentem znacznie się różnił od dzisiejszych. Przygotowanie transportu chorego trwało około godziny. No i nadszedł rok dwutysięczny i nasz bydgoski ZLS przemianował się w LPR. Nareszcie loty do wypadków i nagłych zdarzeń o których przez cały czas marzyłem. Śmigłowce Mi 2 w poszczególnych bazach w całej Polsce zmodyfikowano i przystosowano do zabudowy nowoczesnego sprzętu medycznego. W tymże roku rozpocząłem studia na kierunku Ratownictwo Medyczne i pięć lat później zostałem pełnoprawnym magistrem, ratownikiem medycznym.

Standardowy dzień ratownika medycznego na dyżurze w LPR.

Zaczyna się bardzo wcześnie. O 6:15 muszę być już gotowy do pracy. Wspólnie z Pilotem wystawiamy śmigłowiec z hangaru na stanowisko z którego odbywają się wszystkie nasze starty oraz gdzie po wylądowaniu możemy umyć co trzeba, uzupełnić leki, sprzęt medyczny oraz paliwo. Jeszcze przed dyżurem, który zaczyna się o godzinie 7:00 obowiązkiem moim jest test wszystkich urządzeń medycznych oraz przegląd wszelkich „zasobów” pod kątem terminów ważności, stopnia zużycia etc… Dyżur pełnię przy radiotelefonie i telefonach. W czasie oczekiwania (standby ratowniczy) dochodzą różne drobne czynności, najczęściej tak zwane papierkowe. Po zakończeniu dyżuru muszę schować śmigłowiec do hangaru i przygotować wszystkie sprzęty do dnia następnego.

Jakie są obowiązki w czasie wykonywania misji?

Są przede wszystkim specyficzne, a co za tym idzie bardzo ciekawe. Wynikają z tego, że przemieszczasz się taką „furą” do latania a nie do jeżdżenia. Do moich obowiązków należy przede wszystkim zapewnienie bezpieczeństwa w pobliżu śmigłowca który zawsze przyciąga niezliczone gromady ludzi, często „wyrastających spod ziemi”. Z reguły wzbudzamy zainteresowanie, co jest z jednej strony bardzo miłe, ale z drugiej niesie wielkie zagrożenie. W czasie uruchomienia obserwuję silniki i obchodzę cały śmigłowiec sprawdzając prawidłowe zamknięcie i zabezpieczenie drzwi i innych elementów płatowca. Sprawdzam również prawidłowe zapięcie pasów pozostałych członków załogi oraz zabezpieczenie noszy i sprzętu medycznego. W czasie lotu pomagam pilotowi w wielu czynnościach: wprowadzam współrzędne miejsca, które ustaliłem i zapisałem podczas przyjęcia zgłoszenia, obserwuję parametry wszystkich przyrządów, czy są prawidłowe. W czasie podejścia do lądowania pomagam w wypracowaniu miejsca przyziemienia. Staramy się zawsze aby nie blokować szosy, aby nie powstawały „korki”. Nie zawsze się to udaje. Po wylądowaniu zawsze przede wszystkim czuwam nad bezpieczną strefą około 30 metrów od śmigłowca. Lekarz udaje się na miejsce zdarzenia z plecakiem i innym niezbędnym sprzętem a ja dochodzę na miejsce dopiero wtedy gdy wirniki przestają się obracać, czyli wtedy, gdy jest bezpiecznie.

Działania medyczne wykonuje Pan po wylądowaniu?

Tak. Staramy się aby standardem było zabezpieczenie pacjenta albo w miejscu zastanym albo w karetce. Po prostu dlatego, że w śmigłowcu mamy deficyt miejsca. Oczywiście czasami nic z tego nie wychodzi. Wtedy mam możliwość odwrócenia fotela na stronę kabiny medycznej i w takich uzasadnionych przypadkach jestem do dyspozycji lekarza.

Wiele osób twierdzi, że LPR jest elitą polskiego ratownictwa. Co Pan o tym sądzi?

Niewątpliwie tak jest. Jednak mnie dość niezręcznie o tym mówić, ponieważ wszedłem do firmy niejako z „dobrodziejstwem inwentarza”. W roku dwutysięcznym nasi firmowi Instruktorzy stworzyli bardzo wysoki poziom „przesiewu” w czasie przyjęcia ratowników do pracy, który trwa przez cały czas. W czasie jednego z pierwszych szkoleń medycznych zrozumiałem, że niekoniecznie zdałbym te wszystkie testy i sprawdziany praktyczne. Było to bezpośrednim impulsem do rozpoczęcia moich wspomnianych studiów licencjackich, a później magisterskich. Poczuwałem się, że muszę dobić do pewnego poziomu i teraz myślę, nieskromnie, że jakoś tam to się chyba udało. Obecnie chętni do pracy w LPR muszą śledzić ogłoszenia naszej firmy odnośnie naboru. Jeśli się zdecydują, przechodzą szereg sprawdzianów. Najlepsi zostają w puli. Co jakiś czas odbywamy szkolenia medyczne. Często są organizowane w „odjechanych” miejscach. Szkolimy się z BOR-em oraz GROM-em. Ciekawie. Przerabiamy scenki z życia. Wszystko jest niezwykle super upozorowane przez naszych instruktorów, którzy za wszelką cenę chcą nas zaskoczyć czymś niezwykłym, a jednak możliwym.

Jakie wymagania trzeba spełnić żeby wejść w szeregi LPR?

Tak jak już wspomniałem, zdaje się test teoretyczny, który podobno jest bardzo trudny. Zdaje się również test praktyczny. Odbywa się też rozmowa z psychologiem i psychoterapeutą. Ci co przejdą te wszystkie testy, dostają propozycje pracy w poszczególnych filiach i nie musi to być wcale filia, o której się myśli, to znaczy ta najbliższa miejsca zamieszkania. Jeden taki „napalony” koleś mieszkający w Krakowie dostał propozycję pracy w Gdańsku. Zgodził się i jakoś dawał radę.

Często towarzyszy Panu adrenalina?

Ona towarzyszy mi już wtedy gdy kładę się spać, wiedząc, że rano mam dyżur. Ta praca zapewnia wysycenie adrenaliną przez cały czas. Po tych wielu latach pracy pewnie stres jest mniejszy, ale często coraz to nowe okoliczności zapewniają odpowiedni poziom tego naszego ukochanego neuromediatora. Przecież każdy wypadek jest inny i trzeba się zmagać z coraz to innymi sytuacjami.

Nie latacie pewnie do błahych problemów?

Raczej nie, choć czasami się zdarza, przy nieprzyzwoitej niekompetencji niektórych zespołów ratowniczych sugerujących potrzebę wezwania śmigłowca oraz dyspozytorów, którzy ulegają wtedy złym podszeptom. Wtedy my możemy odmówić przejęcia pacjenta, który nie wymaga naszej interwencji, choćby z powodu ryzyka jakie niosą dodatkowe starty i lądowania. A poza tym najnormalniej wstyd, gdy ekipa na SOR pyta się dlaczego takiego „dobrego” pacjenta przywieźliśmy tak wysoce specjalistycznym i drogim ambulansem!

Przypadek, który szczególnie utkwił w Pana pamięci.

To chyba jeden z pierwszych lotów. Dostaliśmy dość dziwne zgłoszenie dotyczące wypadku na rzece Brdzie, gdzieś w Borach Tucholskich. Kajak miał wywrotkę i osoba, która wpadła do wody, podtopiła się, ale została zreanimowana. W związku z trudnym terenem dojazdu dla karetki, dyspozytor Pogotowia Ratunkowego zdecydował się na wykorzystanie naszego śmigłowca. No i nas! Niestety, wezwanie było mało precyzyjne. Brak było szczegółów co do miejsca zdarzenia. Musieliśmy przeczesać odcinek rzeki o długości około 20 km. Po 15 minutach lotu minęliśmy Tucholę i rozpoczęliśmy patrolowanie rzeki. W rejonie tym meandruje ona przez cały czas w gęstym lesie. W pewnym momencie, na jednym z zakrętów rzeki zauważyłem człowieka z kajakiem, machającego do nas wiosłem. Jedyne możliwe miejsce do lądowania znajdowało się po przeciwnym brzegu rzeki. Po wylądowaniu zabraliśmy cały niezbędny sprzęt, który mieliśmy w plecaku i torbach. Kajakarz dopłynął do nas i przekazał informację, że wypadek miał miejsce około 500 metrów w górę rzeki i poszkodowana znajduje się na drugim brzegu. Po kolei przepłynęliśmy pod prąd w dość trudnym odcinku rzeki. Przydała nam się wprawa w pływaniu kajakiem, gdyż wszyscy z załogi systematycznie uczestniczyliśmy w spływach kajakowych. Na miejscu okazało się, że poszkodowaną osobą jest pani doktor anestezjolog, która choruje na astmę oskrzelową. Po wywrotce kajaka zakrztusiła się wodą , co spowodowało skurcz oskrzeli. Szybko podaliśmy niezbędne leki oraz zadbaliśmy o komfort termiczny chorej. Na tym jednak nie skończyły się nasze kłopoty. Problemem było przetransportowanie poszkodowanej do śmigłowca. W grę wchodziło wezwanie Straży Pożarnej i skonstruowanie przeprawy linowej przez rzekę. Najpierw jednak postanowiliśmy upewnić się, czy faktycznie na naszym brzegu nie ma żadnych możliwości lądowania. Udałem się w kierunku śmigłowca i znalazłem miejsce dość dziwne, ale moim zdaniem możliwe do lądowania. Przez radiotelefon skontaktowałem się z pilotem i opisałem sytuację. Musiał wylądować na trzech wielkich kępach trawy. Pilot zrobił to perfekcyjnie. Teraz należało tylko zapakować solidnie chorą w noszach (posiadaliśmy wtedy nosze łódkowe, które wręcz idealnie nadawały się do tego by przez około 500 m ciągnąć je po leśnych nierównościach. Odlecieliśmy do szpitala. Pani doktor przez wiele lat przesyłała nam na święta kartki z życzeniami.

Ma Pan czas dla rodziny?

Jestem teraz w komfortowej sytuacji. Syn już się wyprowadził i założył rodzinę. Mieszkam razem z żoną, która poświęca się swojej pracy a ja swojej. Gdy jeszcze byliśmy w komplecie działo się różnie, ale chyba nie najgorzej. Był taki trudniejszy okres po roku dwutysięcznym gdy pracowałem w WSPR dyżurując na karetce R5, mieszczącej się wtedy przy Szkole Straży Pożarnej na ul. Glinki i na kontrakcie w Pogotowiu Lotniczym. Rozpocząłem też wtedy studia. Szybko jednak przyszło opamiętanie. Było wtedy co prawda więcej pieniędzy, ale co z tego, jak nie było czasu aby je wydawać. Wszystko musi mieć swoje proporcje…

Syn poszedł w pana ślady?

Nie. Syn studiował na Politechnice wrocławskiej. Został na uczelni. W tej chwili uczy innych i kończy doktorat.

Czy przez takie zdarzenie do jakiego doszło w lutym 2009 r. przy autostradzie A4 pojawia się strach przed lataniem?

Wiesz co? Myślę, że nie. W tym wypadku zginął kolega pilot i kolega pielęgniarz, których znałem od wielu lat. To była wielka strata i smutek z powodu Ich śmierci. W moim przypadku nie przełożyło się to na stres przed kolejnym wejściem do śmigłowca. Zdarzenie to było dobrze wykorzystane przez naszą „szkoleniówkę” aby nigdy do podobnego incydentu nie doszło. Omówiono z nami to bardzo dokładnie. Wypadek był na śmigłowcu Mi2. Na obecnym, użytkowanym przez nas Ec135, oprzyrządowanie wyklucza zaistnienie podobnych jak wtedy, okoliczności. Teraz to my mamy tak naprawdę latające laptopy.

Kiedykolwiek Panu coś zagrażało w czasie dyżuru?

Tylko dynamiczna zmiana pogody. Jeśli w trakcie wykonywania misji okaże się, że jest przed nami jakiś pas dramatycznie złej pogody to się trochę wszyscy boimy. Przelatując pod chmurą burzową narażeni jesteśmy na silne turbulencje. Dlatego tak ważne jest dobre zabezpieczenie pasami oraz ochrona naszych głów przy pomocy hełmów. Niekiedy widoczność potrafi spaść poniżej naszych minimów choć prognozy mówiły nam od rana, że powinno wszystko być dobrze. Wtedy umiemy się wycofać w kierunku dobrej pogody. Niekiedy musimy zrezygnować z misji. Cenię sobie współpracowników, którzy potrafią podjąć taką decyzję. Generalnie nie podejmujemy się wykonania misji w czasie złej pogody, bo nikt z nas nie jest wariatem. Trzeba sensownie ocenić sytuację. Mamy swoje minima operacyjne i jeśli pogoda nam ich nie zapewnia, odmawiamy osobom zgłaszającym wykonania lotu.

Co można robić między wylotami?

Jeśli wszystko jest uzupełnione, sprawdzone i przygotowane do następnej ewentualnej misji to… każdy z nas ma jakiś tam „patent na przetrwanie”. Ja odreagowuję standby oglądając filmy, najczęściej z płyt.

A po pracy?

W związku z tym, że się trochę wspinam i w skałkach i w Tatrach, dbam o kondychę. Biegam w Myślęcinku lub na mojej bieżni. Poza tym lubię fotografować. Najbardziej przyrodę. Ale zdjęcia typu reporterskiego też zbieram. Jednak z wykluczeniem zdjęć z wypadków.

Przesiadłby się Pan z helikoptera do karetki?

Tylko jeśli byłaby taka konieczność. Znam warsztat pracy w karetce. Jednak praca w śmigłowcu jest inna, mocno „odjechana”. Odrywamy się od ziemi i pomimo tego, że lecimy obsłużyć ludzkie nieszczęście (a może tym bardziej?) spoglądamy na to wszystko z zupełnie innej perspektywy.

Uratował Pan komuś życie poza pracą?

Miałem takie szczęście, że nigdy nie trafiło mi się nic poważnego. Natomiast często o tym myślałem, no bo przecież jako zawodowiec znam swoje obowiązki. Nawet stale, od lat, jestem przygotowany na jakiś Armagedon, wożąc w aucie bynajmniej niestandardową apteczkę. A idąc do miasta mam w torbie lub plecaku maskę do prowadzenia oddychania. Nigdy nie była używana.

Wierzy Pan w poprawę sytuacji ratowników medycznych w Polsce?

Wierzę. Ja myślę, że jest nieźle porównując czasy dzisiejsze z końcówką lat 90 tych. Teraz w tym zawodzie można zarobić. Wtedy, nie. Są miejsca gdzie się pracuje całkiem nieźle, ale są również takie, że niestety nie.
Wstrząsnął mną ostatnio przypadek ratownika, który zrezygnował z pracy w zawodzie i poszedł na kurs motorniczego tramwajów. Okazało się, że zarobi o około 2000 złotych więcej niż do tej pory zarabiał. To jest dramat. Osobnym tematem jest praca na kontraktach. „Zbijane” są ceny przez samych ratowników. Wyścig. Nie ma jakiejś jednolitości, ale nie chcę na ten temat za dużo mówić bo w pełni nie ogarniam tego tematu. Powinniśmy też dążyć jako środowisko do podwyższania swoich umiejętności. Przełoży się to na pewno na uznanie i poszanowanie zawodowe, a także zarobki. Można przyjąć, że każdy ratownik medyczny który zdobywa dyplom, posiada tytuł licencjata lub magistra. Wiedza oraz umiejętności tych chłopaków i dziewczyn jest po prostu niesamowita. Wiem co mówię. Potrafię to obiektywnie ocenić, bo przejmujemy od nich pacjentów, przy których często nic nie musimy robić oprócz monitorowania. Zostaje tylko odpowiednia opieka podczas lotu. Niestety, mamy również do czynienia, na szczęście rzadko i z wyraźną tendencją zanikającą, z kompletną niekompetencją. Muszę tu wspomnieć o pewnych przypadkach. Pomyśl, jak można do pacjenta z poważnym urazem startować z „różowym” czy „niebieskim” wręcz wkłuciem? A poszkodowany ma naprawdę niezłe żyły! Od czasu do czasu widać również takie braki podstawowe, np. odwrotnie założony kołnierz, albo kompletna nonszalancja w zabezpieczeniu poszkodowanego na desce. Jeszcze czasami zdarza się chęć przekładania na inną deskę, „bo nasza jest ładniejsza a wy macie taką brzydką”. No i można by jeszcze przez chwilę o tym mówić…

Wielu ratowników Pan wyszkolił?

Trudno powiedzieć ile osób zostało w zawodzie. Pracowałem kilka lat temu w prywatnym studium ratowników medycznych na ul. Staszica, gdzie uczyłem chyba w dwóch rocznikach, oraz w szkole w Grudziądzu gdzie było podobnie. Mile wspominam te czasy…to co zarobiłem, wydawałem na paliwo na dojazdy do Grudziądza! Ale było warto, bo teraz spotykam moich uczniów i jest fajnie.

Gdyby mógł Pan cofnąć się o 20 lat wstecz, wybrałby Pan tę samą profesję?

Myślę, że tak. Teraz, z perspektywy czasu można myśleć, że może warto było robić coś innego? Szalenie podobałby mi się jakiś taki nienormowany czas pracy, taki wolny zawód; pisarz, malarz… Widzę to tak, że ktoś na przykład „dobijałby” się do mnie żebym coś napisał, namalował i chciałby mi koniecznie za to dobrze zapłacić… Byłoby przyjemnie!

Co Panu daje ratownictwo medyczne, praca w LPR?

Zacznę od tyłu. Praca w Pogotowiu Lotniczym daje mi tę wspomnianą już wyżej perspektywę dystansu, tak to nazwę. Tam u góry w tych, przecież krótkich chwilach, lecz bardzo intensywnych, widzimy wszystko takie malutkie na tym naszym padole. Przekłada się to na pewną pogodę ducha i chyba większą pewność siebie w codziennym życiu i zawodowym i prywatnym. I mają chyba tak wszyscy którzy latają. Wspaniałe są też wrażenia estetyczne: no wiesz, zachód słońca, albo przelot na drugą stronę tęczy! A co mi daje ratownictwo? Żyję z tego od lat. Ale ważne jest jeszcze coś. To są czarodziejskie rzeczy które robisz. Na miotle (tak często nazywa się śmigłowiec) docierasz do celu, czyli miejsca zdarzenia. Praca z pacjentami często jest magią. Człowiek nie żyje, a Ty coś tam popodłączasz, coś ponaciągasz, coś ponaduszasz, pouciskasz, wtłoczysz i koleś otwiera oczy. Spotykasz go po jakimś czasie… To daje speeda.

Powiedziałby Pan coś studentom, młodym ludziom, którzy uczą się tego zawodu?

Powiedziałbym, żeby spróbowali jak najszybciej po rozpoczęciu nauki pracy z pacjentem. Od kilku lat jest taka możliwość, np. wolontariat. Nie wiem jak jest teraz, ale kiedyś, pierwsze praktyki zawodowe były na tyle późno, że wiele osób po przebrnięciu przez egzaminy i wielomiesięczną naukę doświadczało koszmarnych zwątpień i dochodziło do wniosku, że byłby to piękny zawód, gdyby nie pacjenci. Poza tym, chciałbym jeszcze powiedzieć aby śmiało myśleli o rzeczach na obecną chwilę wręcz niemożliwych. Wymyślajcie, Kochani, wszelkie dziwne algorytmy postępowania, wymyślajcie super szybkie pomoce dla nas ratowników umieszczane w smartfonach lub opancerzonych tabletach, snujcie wizje ratowniczych zabezpieczeń przestrzeni miejskich itp. Wszystko wokół nas zmienia się bardzo szybko. Nie wiadomo jak to będzie za parę lat wyglądało. Może śmigłowce przez cały czas będą pełniły dyżury ratownicze z wykorzystaniem technik linowych? Może już teraz warto w mieście organizować ratownictwo na motorze? Może nad jeziorami gdzie wypoczywają tysiące ludzi jest potrzebny zespół ratowniczy na quadzie? Wizjonerstwo.

Bardzo dziękuję za wywiad i za spotkanie.

Dzięki.

Zobacz także

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź