Ludzie, Ratownictwo medyczne

Z SOR do ZRM

24 czerwca 2017
Processed with VSCO with g3 preset

Wspomnienie. Przede mną stoi kawa, zaraz obok leży grafik. Wokół mnie siedzą pielęgniarki i ratownik. Wszyscy patrzą na zegarek – jeszcze 7 minut. Loteria wystartowała. Gdzie tym razem pójdę. Na część urazową? Zachowawczą? Do rejestracji, czy na izbę przyjęć? Monitory wygrały, zachowawcza. Na zegarku jest 6.50. Wszyscy nagle wstają, wychodzimy. Przed drzwiami przewija się tysiąc myśli. Jak bardzo zaskoczy mnie ten dyżur. Ile razy ktoś mnie zdenerwuje, ile zmienię pampersów, ile przebiegnę kilometrów. Jeszcze przed otwarciem słyszę charakterystyczny dźwięk z Parapaca. Zaczyna się, 12 h w dżungli. Leży już kilku pacjentów, jeszcze z nocnego dyżuru. Jeden przed chwilą zaintubowany, po nzk. Wokół niego chaos sprzętu i ludzi. Kilka minut na przekazanie dyżuru i zostanie tylko nowa ekipa. Kolega podaje mi rękę i mówi „padam na twarz po tej nocy, zobaczymy się wieczorem, jak będę Cię zmieniać.”

Anna Wronka: Przez całe studia myślałeś o tym, że zostaniesz ratownikiem medycznym. Jaki miałeś plan, gdzie będziesz pracować?

Maciej Romaniuk: Nie planowałem tego. Miałem swoje marzenia związane z prącą w ratownictwie mniej lub bardziej realne. Wtedy nie wiedziałem jeszcze jak to wygląda „od kuchni” i patrzyłem na wszystko przez różowe okulary. Od początku dobrze czułem się w ambulansie i wiedziałem, że to będzie moje miejsce. Nie spodziewałem się, że skok do pogotowia nastąpi tak szybko.

AW: Ale zacząłeś od szpitalnego oddziału ratunkowego.

MR: Zacząłem tam, gdzie pełniłem swój pierwszy wolontariat. To szczególny dla mnie szpital i SOR. Pracował tam mój tata, pracują moi bracia i różne osoby, które znałem wcześniej. Niektórych od dziecka. W czasie studiów odbywałem tam praktyki. Bardzo dobrze wspominam czas spędzony na kardiochirurgii i na ratunkowym. Miałem okazję pomagać jak były jeszcze ostre dyżury, pamiętam jak wracałem do domu prawie nad ranem. Wdrażanie się w pierwszym moim miejscu pracy było długie i niełatwe. Niektórzy byli uprzedzeni, jeszcze zanim mnie poznali. Zarzucano mi nepotyzm. Dlaczego miałbym wybrać jakiś inny, obcy szpital?

AW: Jak wspominasz pracę w SOR. Tego się spodziewałeś czy wyobrażałeś sobie to wszystko inaczej?

MR: Spodziewałem się czegoś innego. Ktoś powiedział mi, że będę zajmować się pijakami i bezdomnymi. Nie wierzyłem w to. W czasie wolontariatu przychodziłem na ostre dyżury, kiedy jeszcze takie szpital pełnił. Urazówka pękała. Wiedziałem, że to będzie ciężka praca, ale wszystkie jej negatywne aspekty poznałem dopiero, kiedy zacząłem tam pracować. Wszystko zaczęło wyglądać zupełnie inaczej.

AW: Byłeś tam ponad rok. Czego się nauczyłeś, co było pozytywną stroną?

MR: Wiele zawdzięczam tej pracy. Bez czasu spędzonego w SOR nie odważyłbym się na pracę w pogotowiu. Nie byłem tam długo, ale korzystałem intensywnie z tego czego mogłem się nauczyć. Obserwowałem jak badają lekarze; neurolog, internista, chirurg, jak postępuje anestezjolog i tak dalej. Uczyłem się medycznych czynności ratunkowych i wielu innych, które już na ZRM się nie przydadzą. Podawałem wiele leków i obserwowałem jak działają, jak zmienia się stan pacjenta. Nie można tego doświadczyć czytając sam podręcznik. Praca w SOR to wzięcie po raz pierwszy na siebie odpowiedzialności za pacjenta. Pamiętam swój pierwszy transport. Jechałem z pacjentem leczonym w OIT, zaintubowanym, między szpitalami kilkaset kilometrów. Kilka prób transportu nie odbyło się, bo stan pacjenta na to nie pozwalał. W ambulansie był tylko kierowca, bez wykształcenia medycznego, więc byłem sam. Jednak najważniejsza umiejętność, którą można nabyć to wykonywanie wielu rzeczy w jednym czasie. Jest to spowodowane brakiem personelu. Praca z ludźmi, różnymi.

AW: Masz na myśli kolegów czy pacjentów?

MR: Ze wszystkimi trzeba pracować.  Nie tylko z ludźmi, których się lubi, ale też tymi, do których sympatii się nie czuje. Wiesz jak to jest. SOR to duży „zespół” i nie zawsze zgrany. Są jednostki wybitnie trudne do współpracy, ale to im jest ciężko najbardziej.

AW: Co wspominasz negatywnie?

Ktoś się zaśmieje jak przeczyta, że powiedziałem „przepracowanie”. Negatywnym wspomnieniem jest moment niewydolności organizmu jakim jest SOR. Leży 5 pacjentów pod monitorami, kolega poszedł na reanimację, a ja zostałem sam. Pacjentów trzeba pilnować, monitorować, podawać leki itp. Trzeba pamiętać jak każdy się nazywa i dlaczego tu jest. Uzupełniać na bieżąco dokumentacje. Wjeżdżają ratownicy z 6. takim pacjentem i czy to coś zmieni jak powiem, że nie mam go gdzie położyć i nie wiem w co ręce włożyć? Po 12h dyżuru wracałem do domu i jedyną rzeczą jaka mnie interesowała było łóżko. Po 24h w pogotowiu wezmę tylko prysznic i nie muszę spać. Oczywiście nie zawsze tak jest. Negatywne wspomnienie to każdy „trol”, z którym miałem do czynienia – wampiry energetyczne. Przyjeżdżają umorusani we własnych fekaliach, pijani, ze świerzbem. Biją rekordy na alkomacie. Kiedy wytrzeźwieją, umyci i w nowych ciuchach opuszczają SOR, żeby wrócić na drugi dzień w takim samym, bądź gorszym stanie. Pijanych zabieram teraz do szpitala w ostateczności. Do większości przyjeżdżają służby. Żyję teraz normalnie, w psychicznym komforcie. Prawie zapomniałbym o dyżurach spędzonych w rejestracji, przepraszam, tzn. w triage’u. To niesamowite miejsce zasługujące na osobny rozdział. Gdyby AED miało tryb manualny to strzeliłbym samobója.

AW: Jak zareagowałeś, kiedy pojawiła się szansa na pracę w pogotowiu? Byłeś na to gotowy?

MR: Nie czułem się gotowy. Szczególnie, żeby od razu pełnić funkcję pierwszego ratownika. Stanąłem do konkursu, bo inni we mnie wierzyli i motywowali. Od nich się też uczyłem, za co dziś jestem wdzięczny. Dziś są kolegami z pracy.

AW: Ciężej było zacząć w SOR czy w pogotowiu?

MR: Kiedy wygrałem konkurs w pogotowiu to od razu musiałem rozwiązać umowę o wolontariat, który pełniłem przez dość długi czas na zespole P. Płynnie przeszedłem z wolontariusza na pracownika. W SOR było trudniej się zaklimatyzować. Na pewno dłużej to trwało. Zespół do którego zostałem przydzielony potraktował mnie „na równi”. Nie było żadnych gierek, ale stres i tak był. Zużyłem niecałą paczkę loperamidu i dalej było już dobrze.

AW: Pewnie najczęstsze pytanie kolegów to „Gdzie jest lepiej”?

MR: Najczęściej pytają „Jak Ci się jeździ”. Uśmiechasz się, bo znasz odpowiedź. W pogotowiu. Powodów jest wiele. W SOR nawet jak przez chwilę nie ma pacjentów, trzeba udawać, że się pracuje. W pokoju socjalnym można zjeść śniadanie a czasami obiad i na tym właściwie koniec. Przemierza się kilometry w kółko po tej samej bieżni. W nocy żeby zamknąć oczy trzeba się ukrywać. Położyć można się na tej samej kozetce, na której kilka godzin wcześniej leżał jakiś pijak lub zmarła osoba. To jest poniżające. W pogotowiu „przerwa” jest między pacjentami. To czas między jednym a drugim wezwaniem decyduje jaka jest długa. Jeśli przez „5h” nie mam wyjazdu to mam „5h” przerwy. Mogę położyć się, zjeść coś, przeczytać książkę lub obejrzeć film. Ważne, żeby być gotowym i żeby sprzęt był gotowy. System to właśnie gotowość do działania. Idąc do ambulansu napełniam płuca świeżym powietrzem. Co chwilę jestem w innym miejscu. SOR to zamknięte, depresyjne cztery ściany. Pracując w pogotowiu mam możliwość skupienia się na pacjencie w 100%. Obojętnie w jakim jest stanie. Jest jeden. W Bydgoszczy pracujemy we dwóch dla jednego pacjenta. W Toruniu jest trzech dla jednego. Wychodzi na to, że zespół P mógłby zasilić pół oddziału ratunkowego, na którym przebywa 30 pacjentów. Nikt nie woła, że „chce iść siku” lub „Panie! Ile jeszcze?! Jestem głodny!”. Nie trzeba przemieszczać się przez „las kroplówek”. Jeśli pojedziemy do wypadku, ocenimy sytuację i poprosimy więcej zespołów, jeśli będzie trzeba. Jeśli mam z czymś problem, mogę zadzwonić do lekarza koordynatora. Mogę poprosić o przyjazd zespołu „S”. Wiesz jak jest, kiedy chcesz zadzwonić do swojego lekarza… Choć nie z każdym tak jest.

AW: Chyba nie wszyscy doceniają pracę w pogotowiu? Wiele osób odchodzi…

MR: Tak, wiele osób odchodzi, ale każdy ma swoje powody. Nie mogę wypowiadać się za kolegów którzy mają rodzinę, żonę, dzieci i inne zobowiązania. Według mnie pracy w pogotowiu nie doceniają osoby, które nie pracowały w SOR.

AW: W SOR pracowałeś jako ratownik medyczny i w pogotowiu też tak pracujesz. Niby ten sam zawód, a jak się zmienił zakres czynności, które wykonujesz?

MR: Przede wszystkim zmieniła się odpowiedzialność i decyzyjność. W SOR insygnia władzy ma tylko lekarz. W pogotowiu stetoskop jest podstawowym narzędziem mojej pracy. Ratownik bada i ocenia stan pacjenta. Wdraża odpowiednie czynności i leki. Decyduje, czy pacjent wymaga diagnostyki lub leczenia w szpitalu, czy może zostać w domu. Na ratunkowym mogłem sobie wybrać kolor wenflonu. Kiedy chciałem zrobić coś więcej, było to źle odbierane.

AW: Uważasz, że oddział ratunkowy nie jest dla ratowników?

MR: Uważam, że miejsce ratownika medycznego jest w ambulansie. SOR to świetny trening, poligon, czas przygotowań. Miejsce, które nie potrzebuje ratownika. Są pielęgniarki ze specjalizacją z medycyny ratunkowej lub bez niej, wszystkie dają sobie świetnie radę, są pielęgniarze. Pacjent, który leży wiele godzin w SOR potrzebuje dobrej pielęgnacji, w której lepsze są pielęgniarki. Personel SOR wykonuje zlecenia lekarskie. Ratownictwo medyczne uczy samodzielności. Na ratunkowym przydałoby się więcej sanitariuszy, niż ratowników. Pacjent szybciej trafiłby na diagnostykę lub konkretny oddział. Pomógłby fizycznie. Wszystkim żyłoby się lepiej. Kompetencje ratownika w SOR nie są wykorzystywane. Marnuje się w ten sposób wielu świetnych „specjalistów” ratownictwa. Mam na myśli osoby z 10-letnim stażem.

AW: Jak pracowałeś w SOR to pacjenci przyjeżdżali do Ciebie i wtedy się nimi zajmowałeś. Teraz to Ty z nimi przyjeżdżasz i przekazujesz lekarzowi.

MR: Widzę to teraz zupełnie z innej perspektywy. Słyszę wszędzie cały czas to samo pytanie „Dlaczego do nas?”. Wiele osób nie rozumie działania systemu, a gramy cały czas do jednej bramki. Przekazywania pacjenta czasami nie ma. Nie przekazuję pacjenta mówiąc do pleców lekarza. Oni dzielą się na małych bogów i tych, którzy są partnerami w tej pracy. Ci drudzy są częściej młodzi i kulturalni. To nowe pokolenie, które w czasie studiów uczy się w pogotowiu od doświadczonych ratowników. Dlatego nas szanują. Ci starzy, wypaleni są nietolerancyjni, bo jesteśmy dla nich kimś nowym i obcym. Deprecjonują pozostałych w obawie o własny autorytet.

AW: Praca na SOR dała Ci inny pogląd, potrafisz lepiej zrozumieć frustrację jaka czasami panuje na oddziale. Każdemu przydałby się taki etap, żeby zobaczyć jak to wygląda. Do pogotowia trafiały osoby, które nie wiedzą jak jest po drugiej stronie. Wydaje mi się, że Ci którzy siedzą w „ciepłym” szpitalu też powinni zobaczyć jak jest w pogotowiu, dokąd jeździsz, w jakich warunkach musisz czasami wykonywać czynności, które potem są niedoceniane. Taka lekcja przydałaby się dla każdej ze stron.

Problemem szpitala jest przeciążenie, to, że oddziały są przepełnione. A co jest problemem w pogotowiu?

MR: Myślę, że problem dotyczy wszystkich dysponentów i jest nim brak 3-osobowych zespołów P. Kierowca powinien mieć ukończone np. KPP i tylko prowadzić ambulans, czasami pomóc dwóm ratownikom medycznym. Takie jest moje zdanie. Ale kogo na to stać. Teraz ratownik medyczny – kierowca jest wyjątkowo eksploatowany. Nie tylko prowadzi pojazd, ale musi być cały czas skupiony na wykonywaniu medycznych czynności ratunkowych. Problemem, który dotyczy nas wszystkich, są pieniądze. Każdy narzeka. Jednak nie wyobrażam sobie, żeby „dobra zmiana” zabrała mi możliwość pracy na kontrakcie. To mój wybór. Mogę brać więcej dyżurów, kiedy potrzebuję lub je oddawać. To elastyczny układ, dzięki któremu zarobki są nieporównywalnie większe, niż na etacie. Kolega ratownik (po studium, które dziś już nie istnieje) z 10-letnim stażem w szpitalu zarabiał około 2000zł na rękę. To jest pensja po prostu poniżej godności. Dostaje dwa tygodnie urlopu i gdzie ma jechać z tymi pieniędzmi? Przełożona jeszcze powie, że w środku wolnego ma przyjść na obowiązkowe, darmowe szkolenie i urlop ją nie interesuje. Lekarze pracują po 500h na kontrakcie i nikomu to nie przeszkadza. Wracając do Twojego pytania. W pogotowiu, kiedy przekazuję pacjenta na ratunkowy to zamykam jego kartę i nie widzę co dalej się z nim dzieje. W szpitalu mogłem obserwować stan pacjenta bez względu na oddział na jaki trafił.

AW: Jesteś stosunkowo młody. Spotkałeś się z jakąś negatywną reakcją pacjentów lub kolegów z nowej pracy ze względu na wiek? Ktoś podważał Twoje zdanie? Wolontariat w SOR i w PR, potem praca na ratunkowym. Kilka lat temu niektóre osoby zaczynały bez niczego, więc masz doświadczenie.

MR: Słyszałem o wątpliwościach kolegów „młody, nie poradzi sobie”. Myślę, że najważniejszą ocenę wystawiają pacjenci. Mam nadzieję, że koledzy jakoś znoszą moją osobę na dyżurach, a doświadczenie zdobywamy całe życie.

AW: A jak się zmieniły Twoje relacje z pacjentami? W SOR na dyżurze poznawałeś kilkudziesięciu. W PR masz czasami kilku.

MR: W SOR kontakt z pacjentem jest płytki, paradoksalnie jeszcze krótszy, niż w pogotowiu. Kiedy pacjent trafi na Twoją kozetkę zmierzysz mu podstawowe parametry, zrobisz wkłucie, pobierzesz krew i powiesz „następny”. Próba zebrania wywiadu, rozmowy z pacjentem jest negatywnie odbierana jako „nie wyrabianie się, przedłużanie”. Liczy się tylko „szybciej, szybciej”. U pacjenta w domu czy w ambulansie można poznać go bliżej, przede wszystkim problem, przez który się spotkaliśmy.

AW: Jak wracasz na swój SOR, w którym pracowałeś to z uśmiechem, czy obawą?

MR: Myślę, że nie rozstałem się z poprzednim miejscem pracy w negatywnych relacjach. Poznałem tam świetnych ludzi, nawiązałem z nimi przyjaźnie i to ich wypatruję, kiedy przyjeżdżam z pacjentem. Są za to pielęgniarki, które udają, że mnie nawet nie widzą. Ich nie da się nie zauważyć. Spotkałem się z negatywną reakcją ze strony właśnie takich osób. I jest to korzystanie z każdej okazji, żeby dopatrzeć się jakiegoś mojego błędu lub wymyślać taki, którego nie popełniłem. Bajki trafiają do pogotowia. Oczywiście celowo. Ale jeśli ktoś nie robi nic ciekawego w swoim życiu to nic dziwnego, że rozprzestrzenia żółć i czerpie z tego przyjemność. Mam wrażenie, że dla niektórych pielęgniarek to taka karma i sens pracy. Plotkowanie jest niesamowicie twórczym zajęciem. Każdego można przedstawić w negatywnym świetle i szybko popsuć opinię. Nie mam obaw. Mam to nie/szczęście, że pracuję w innym rejonie operacyjnym, więc bardzo rzadko tam bywam.

AW:  Życzyłbyś czegoś sobie i kolegom, żeby się w ratownictwie zmieniło?

MR: W Polsce zarabiasz za to kim jesteś a nie za to co robisz. Ratownicy powinni dostawać znacznie więcej za wykonywaną pracę. Przez całe zawodowe życie będą wpływać na poprawę życia innych ludzi. Kto się potem nimi zaopiekuje? Jesteśmy na etapie, gdzie moherowa babcia nie przepuszcza nas w kolejce do kasy w lidlu z puszką coli i batonem. Jak zbijamy im ciśnienie w domu to nas kochają. Wyglądamy jak służba drogowa, bo ktoś musiał zmienić czerwony na czerwony fluorescencyjny, żeby na nas zarobić. 90% to wizyty domowe. Po co nam te wszystkie taśmy? Życzę wszystkim większego szacunku. Żebyśmy nie byli wykorzystywani i wyzyskiwani.

Zobacz także

3 komentarze/y

  • Reply młody 25 czerwca 2017 at 00:34

    Macieju, mam wrażenie, że czytam swoją historię!:)
    Pozdrawiam Cię.

    A.
    rok młody, już niepracujący w SOR :) uf!

  • Reply Sara 25 czerwca 2017 at 23:09

    Oby więcej takich ratowników jak Ty! Miałam okazję trafić w „Twoje ręce” kiedy jeszcze pracowałeś w SORze. Ogromnie się stresowałam! Ale Twój spokój i opanowanie sprawiły, że poczułam się pewniej. To tak wiele znaczy dla pacjenta ( zwłaszcza wtedy, gdy po raz pierwszy trafia do szpitala).
    Dziękuję!
    I powodzenia w nowym miejscu pracy!
    S.

  • Reply Ola 26 czerwca 2017 at 16:34

    „Pamiętam swój pierwszy transport. Jechałem z pacjentem leczonym w OIT, zaintubowanym, między szpitalami kilkaset kilometrów. Kilka prób transportu nie odbyło się, bo stan pacjenta na to nie pozwalał. W ambulansie był tylko kierowca, bez wykształcenia medycznego, więc byłem sam.”

    Gdzie anestezjolog?

  • Zostaw odpowiedź